Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 03 - Wojenne Łupy - Rozdział 03

    Pośpiesznie odziano ją w luźne zwoje najbardziej elastycznej tkaniny ochronnej, jaką można było znaleźć i wsadzono ją do udającego się na północ, ciężko opancerzonego pojazdu na poduszce powietrznej. Jej fotel nie dopasowujący się do kształtów znajdował się z przodu, tuż obok pilota, a z dala od Ziemian-żołnierzy stłoczonych z tyłu. Ich widok w pełnym bojowym rynsztunku, obwieszonych bronią i innymi przedmiotami siejącymi zniszczenie byłby dla zwykłego Waisa czymś koszmarnym. Zaś Lalelelang nie tylko przyzwyczajona była do ich wyglądu; badania umożliwiły jej zidentyfikowanie z nazwy i funkcji szeregu z narzędzi śmierci, które mieli przy sobie. Pomimo wszystko, bliskość takiej ilości Ziemian była dla niej bardzo denerwująca. Jak zwykle, pomogły ćwiczenia.

    Każdy z żołnierzy w transporterze był większy od porucznik Umeki, a kilku z nich było naprawdę masywnych. Lalelelang starała trzymać się od nich z daleka, oni zaś ignorowali pierzastego Obcego.

    Dziwnie wyglądała filigranowa Umeki z podobnym ekwipunkiem co mężczyźni. Nosiła podwójną, w pełni naładowaną broń boczną i pas z eksplodującymi strzałkami. Lalelelang nakręciła tę scenę dla potomności i późniejszych badań.

    Nim opuścili bazę Lalelelang zażyła dwa stabilizujące medykamenty. Wiedziała, że gdyby znalazła się w prawdziwej sytuacji bojowej, same ćwiczenia nie wystarczą by zachować równowagę. Możliwe że była pierwszym przedstawicielem swojego gatunku, który dobrowolnie znalazł się w tak wrogim środowisku.

    Z punktu widzenia socjologii informacje, które miała nadzieję zdobyć biorąc osobisty udział w eksperymencie, powinny być bezcenne. Już udało jej się zgromadzić taką ilość danych, że długa, trudna podróż z Mahmaharu była tego warta. Wyobrażała sobie reakcję kolegów po fachu.

    Przy odrobinie szczęścia mogła nawet zobaczyć wystarczająco dużo, by móc odrzucić niemiłe teorie, które od samego początku były główną siłą napędową całej ekspedycji i właściwie przyczyniły się do wyboru takiej, a nie innej kariery.

    W miarę posuwania się do przodu, krajobraz widoczny przez pancerne szyby osłaniające przód transportera zmienił się z trawiastych łąk w zakrzewioną, pagórkowatą krainę. Od czasu do czasu widziała inne pojazdy wyprzedzające ich w wielkim pędzie, lub przemykające w przeciwnym kierunku. Niektóre z nich były znacznie większe od tego, którym podróżowała i pyszniły się straszliwymi wytworami niszczących technologii. Jeden z nich bezustannie strzelał do jakiegoś celu, który pozostawał poza zasięgiem jej wzroku, a nieco później coś groźnego a niewidocznego wysłało w niebo, niedaleko z lewej strony, fontannę ziemi i żwiru.

    Gwałtowny dreszcz wstrząsnął jej piórami. A więc to jest walka, pomyślała. To była namacalna i realna próba zniszczenia jednej inteligentnej rasy przez drugą. Aż do tego posunęli się Ampliturowie, aby nakłonić członków Gromady do przyłączenia się do ich wszechogarniającego Celu. Gatunki stanowiące Gromadę zostały zmuszone do podjęcia nienaturalnej działalności, by zachować swą niepodległość.

    Dzięki Najwyższym Duchom za istnienie płodnych Massudów, którzy byli jednym z założycielskich członków Gromady i którzy od tak dawna ponosili główny ciężar samej walki. Dzięki niech również będą legendarnemu massudzkiemu badaczowi Caldaqowi. To jego ekipa pierwsza nawiązała kontakt z niemiłymi, ale bezcennymi Ziemianami, którym udało się wreszcie przechylić szalę zwycięstwa na stroną sprzymierzonych.

    Ten wrogi, chybiony strzał zdenerwował ją mniej, niż się obawiała. Łatwo jej przyszło uznanie go w myślach, za przejaw klęski żywiołowej. Potraktowała go jak uderzenie pioruna, lub meteora spadającego z niebios. Straszne gdy się na to patrzy, ale stosunkowo łatwo myśleć o tym abstrakcyjnie.

    Transporter zwolnił, zagłębiwszy się w las dużych drzew. Flora była tu inna niż na jej planecie. Drzewa wysokie, o prostych pniach, z gałęziami pełnymi długich, szpiczastych kształtów, zamiast liści. To było zadziwiające, ale kilka krzewów szukało schronienia wśród ogromnych, wypolerowanych przez lodowiec głazów.

    Umeki pojawiła się obok niej, upuszczając na twarz przyłbicę miedzianego koloru.

    - Przygotuj się.

    Pełna trwogi, ale i podniecenia Lalelelang wstała i niezgrabnie poprawiła swój zmodyfikowany hełm. Umeki pomogła jej z zaimprowizowaną osłoną twarzy, mrucząc przy tym:

    - Nie jesteś w pełni zabezpieczona, ale lepsze to, niż nic. Staraj się trzymać głowę w dole.

    - Znam nieco zasady ze swoich studiów. Będę ostrożna.

    Lalelelang sprawdziła swój rejestrator i jego zapasowe części, znacznie bardziej troszcząc się o ich stan niż o coś tak obcego dla niej jak osobisty pancerz ochronny.

    Umeki cofnęła się o krok.

    - Wyglądasz, jakby ci było niezbyt wygodnie w tym stroju.

    - Bo tak jest, ale dam sobie radę. - Rozważała podniesienie poziomu medykamentów w swojej krwi, ale zdecydowała się tego nie robić. Większa ich koncentracja niosła ryzyko osłabienia, które mogło negatywnie wpłynąć na jej pracę. Poza tym czuła tyle samo radości, co strachu.

    - Jesteś naprawdę niesamowita, jak na Waisa. - W pełnym, lekkim, polowym pancerzu kobieta z Ziemi wyglądała całkiem groźnie. - Co nie oznacza, że miałam do czynienia z innymi.

    - Robię tylko to, co jest niezbędne do wykonania mojej pracy. Umeki pokiwała głową w typowo obcesowym i prymitywnym, ludzkim geście.

    - Nie powinno ci tu zabraknąć akcji. - Wyjęła z kabury broń, niewielkie i całkowicie wstrętne z wyglądu urządzenie z plastiku i metalizowanego szkła. - Jak tylko ludzie zajmą swoje wyznaczone pozycje, wychodzimy. To jest typowy wypad rozpoznawczo - bojowy w terenie, który jest już częściowo zabezpieczony. Nie powinno być żadnych poważniejszych kłopotów.

    Skinęła głową massudzkiemu pilotowi, który z uwagą obserwował instrumenty pokładowe.

    - Nie może tu stać długo. Stanowi zbyt duży cel. Ten teren pełen jest samo naprowadzających się, bezzałogowych samolotów.

    - Rozumiem. - To oznaczało, że będzie tu unieruchomiona wyłącznie w towarzystwie Massudów i Ziemian, aż do zakończenia tego patrolu, czyli do czasu, aż uzna się za korzystne, ze strategicznego punktu widzenia, wycofanie grupy.

    Sprawdziła działanie swojego wyposażenia, jednocześnie nagrywając sprawne i szybkie rozwinięcie oddziału, z podziwem obserwując jak zajmuje pozycję wśród drzew i skał. Jej uszny rezonator pełen był rozmów nadawanych na wewnętrznych kanałach. Żołnierze porozumiewali się krótkimi, profesjonalnymi zdaniami i nie miała żadnych problemów z odszyfrowaniem ich, czasami wypełnionych żargonem, rozmów, bez względu na to, czy odbywały się w gardłowym, ludzkim, czy też w bardziej rozwiniętym, wysokim i niskim, massudzkim języku.

    Język to zbiór rozmaitych, określonych ilościowo dźwięków. Tłumaczenie sprowadzało się do problemu skatalogowania ich. Z powodów, których Waisowie nigdy nie byli w stanie pojąć, innym rasom najwyraźniej sprawiało to trudność. Jak i reszcie jej gatunku, żal jej było tych, którzy, by się porozumiewać, musieli polegać na prostych, prymitywnych systemach, czyli każdego, kto nie był Waisem.

    - Teraz.

    Umeki wyprowadziła ją na zewnątrz i w dół po osłoniętej rampie wyładowczej, a gdy odbiegały od transportera, lekko oparła odzianą w rękawicę dłoń u podstawy długiej szyi Lalelelang w ochronnym geście. Gdy już dotarły do lasu, przykucnęła bez tchu, za to z włączonym rejestratorem, obok dającej poczucie bezpieczeństwa Ziemianki, zajmując pozycję za masywnym, spłaszczonym, granitowym głazem.

    W pobliżu było jeszcze dwóch innych Ziemian. Jeden mówił coś do komunikatora przy swoim kombinezonie, podczas gdy drugi wydawał rozkazy. Obrzucili obie obserwatorki szybkim spojrzeniem, po czym przestali się nimi interesować. Lalelelang mogła patrzeć na nich do woli.

    Poziom ich aktywności zarówno fizycznej, jak i wokalnej był zastraszający. Spodziewała się tego, ale obserwowanie tego bezpośrednio, a nie za pomocą choćby nie wiadomo jak precyzyjnego hologramu, było wstrząsające. Szybkość, prężność i koordynacja ruchów, mimo obciążenia pancerzem i uzbrojeniem, była równie wytworna jak u najlepszych tancerzy Waisów, choć było w tym groźne, obce piękno.

    Ciągle notowała swoje obserwacje, robiąc przerwę jedynie dla pociągania kojących gardło łyków ze zbiornika wbudowanego w zaimprowizowany skafander. Każda minuta, każda sekunda obfitowała w nowe, bezcenne spostrzeżenia. Informacje zebrane w czasie tylko tej jednej wyprawy dostarczą materiału na wiele lat studiów. Była bezgranicznie wdzięczna za tą unikalną sposobność i dumna z hartu własnych jelit, który pozwolił na skorzystanie z okazji.

    Tak była zaabsorbowana studiowaniem otoczenia, że ledwie zwróciła uwagę na ciężki warkot transportowca, który uniósł się z leśnej polany, chwilę obracał się w powietrzu, po czym ruszył w powrotną drogę, lawirując pomiędzy drzewami.

    - Dość już tutaj widziałam. Zwracała się do swojej przewodniczki przez membranę dźwiękową hełmu. - Możemy ruszać dalej?

    Twarz Umeki zasłonięta była wizjerem, ale zdziwienie w jej głosie było wyraźne:

    - Naprawdę jesteś niesamowita, wiesz? - Wskazała coś przed nimi. - Spróbujmy dostać się do tamtego zagłębienia.

    Lalelelang podążyła za pełzającą kobietą i po chwili obie znalazły się w zapadlisku suchego parowu, porośniętego wyjątkowo dorodnymi okazami lokalnej flory. Przesunęła obiektyw rejestratora w górę i w dół grubego, pokrytego spękaną korą pnia, podziwiając jego ogrom. Stanowiłby wspaniałą ozdobę zwyczajnego ogrodu każdego Waisa pomyślała. Potężne, węźlaste korzenie podtrzymujące sędziwego leśnego kolosa i dostarczające mu substancji odżywczych wnikały w otaczające skały, by tuż obok wychynąć z nich.

    Te fantazje pomagały jej zachować spokój. Ani trochę nie drżała, gdy się odwróciła i zobaczyła, że Umeki ostrożnie wygląda ponad krawędzią wąwozu. Lalelelang dostroiła rejestrator i utrwaliła zbliżenia każdej z kończyn Ziemianki.

    - Co dalej?

    - Czekamy. Oddział posuwa się naprzód w kierunku rzekomego bunkra Mazveków. Jeśli takowy znajdą, spróbują go oczyścić. Tak czy inaczej zostajemy tutaj, aż nam powiedzą, że możemy bezpiecznie posunąć się do przodu.

    - Ale przybyłam tu, by obserwować bitwę, by zobaczyć walczących Ziemian.

    Umeki popatrzyła na nią z góry.

    - Pomalutku. Nie możesz się przeforsować.

    Lalelelang nastroszyła pióra pod kompozytowym pancerzem:

    - Studiowanie tego rodzaju rzeczy stało się pracą mojego życia. Zapewniam cię, że nie zobaczymy tu nic, co mogłoby mnie zaskoczyć.

    - Tak myślisz? Widziałam już takich, którzy myśleli że są twardzi. Hivistahmowie i jeden S'van. Nie byli. Niektórych rzeczy nie możesz przewidzieć.

    Jakby dla uwiarygodnienia tego ostrzeżenia coś przemknęło nad ich głowami bezgłośnie, jak szybujący ptak. W chwilę później Lalelelang poczuła, że Umeki przygniatają do ziemi, przykrywając swoim ciałem. Niesamowity ciężar ludzkiego szkieletu i mięśni wywarł na historyczce znacznie większe wrażenie, niż największa nawet ilość badań. Czuła się jak liść przywalony spadającym głazem.

    A przecież Umeki i tak przyjęła większość wstrząsu na swoje ręce. Sekundę później zwodniczo uspokajające buczenie zamieniło się w ogłuszającą eksplozję. Ziemia zafalowała. Bryły osmalonej gleby i kawały zwęglonych roślin rzygnęły w niebo, by po chwili opaść na nie deszczem grudek.

    Kobieta stoczyła się z niej, dobywając broń. Oszołomiona Lalelelang zmagała się z rejestratorem. Wtórne eksplozje rozbrzmiewały echem wewnątrz jej skołatanej czaszki. Na szczęście były nieco oddalone od miejsca wybuchu.

    - Co to... ? - mamrotała, pośpiesznie tłumacząc.

    - Nowa, miła zabaweczka, którą wprowadzili Mazvekowie. Brzmi jak duży trzmiel, no nie?

    Lalelelang kiwnęła głową, używając prostego, ludzkiego gestu w miejsce znacznie bardziej skomplikowanej odpowiedzi Waisów, jakiej wymagało to pytanie. Nie mogła ona być odpowiednio wykonana w skafandrze, a poza tym, i tak nic by nie znaczyła dla jej przewodniczki.

    - To po prostu nadlatuje i nie rzucając się w oczy, tak że skłonny jesteś to ignorować. - Oczy Umeki były równie aktywne, jak jej usta. - Jak tylko wykryje obecność któregoś z zaprogramowanych kształtów, na przykład nas, zbacza z kursu i próbuje wylądować na twojej głowie.

    - Ale... nic nam się nie stało. - Porażone nogi Lalelelang ciągle były pod nią podwinięte.

    - Oddział rozmieścił kształty - wabiki. To zaatakowało jeden z nich. Mimo to o wiele za blisko. - Jakiś głos przerwał Umeki, która odpowiedziała do mikrofonu w swoim hełmie. - Tutaj, do diabła!

    Po raz trzeci Lalelelang ściszyła dźwięk w słuchawkach, mimochodem przysłuchując się rozmowie. Była ona pełna wojskowego żargonu, którego nie potrafiła dokładnie zrozumieć.

    - Cholera. - Umeki oderwała się od krawędzi jaru i ześlizgnęła się na jego dno. Wsunęła ramię pod lewe skrzydło Lalelelang i uniosła ją do pionowej pozycji, stawiając skrzydłowca na nogi.

    - Co jest, co się dzieje? - Lalelelang rozejrzała się niepewnie. W pobliżu ciągle rozlegały się eksplozje.

    - Zbliżają się Mazvekowie. Albo czekali, aż wyładujemy się z transportera, albo są mniej zaskoczeni, niż mieliśmy nadzieję. Idą w naszym kierunku i nadchodzą w większej ilości, niż się spodziewaliśmy. Bunkier musiał ochraniać jakiś sektor, którego nie wykryły nasze detektory. - Zaczęła się wspinać na zbocze wąwozu, w stronę z której przyszły. - Chodźmy, Musimy się stąd wydostać i przyłączyć się do pozostałych.

    Jej ręka sięgnęła w tył i zacisnęła się na skrzydle. Szarpnięciem zmusiła Lalelelang do ruszenia się.

    - Nie rozumiem.

    Wydostawszy się z parowu zobaczyła inne opancerzone postacie, Ziemian i Massudów, wycofujących się zza drzew. Ci najbardziej oddaleni zatrzymywali się od czasu do czasu, by wymierzyć i strzelić przed podjęciem ucieczki. Mniejsze wybuchy rwały ziemię niedaleko od miejsca, w którym stały. Coś niezauważonego ścięło drzewo na wysokośei głowy Ziemianki. Padło majestatycznie, rozszczepiając się na pół tuzina mniejszych kawałków. Kolorowe promienie energii, jaskrawe lance zniszczenia ucinały gałęzie i rozbijały mniejsze głazy. Swąd spalonych zarośli dotarł do nozdrzy Lalelelang, mimo selektywnej membrany hełmu.

    - Chciałaś zobaczyć walkę! - Krzyknęła Umeki, ciągnąc ją za sobą z taką siłą, że jej stopy ledwie muskały ziemię.

    - Nie tak to sobie... wyobrażałam - wysapała Lalelelang, próbując złapać oddech.

    - Nie ty jedna.

    Przedzierały się przez małe zapadliska i sterczące korzenie. Omijały drzewa i skały próbujące je powstrzymać. Z gwałtownym chlupotem przebrnęły przez szeroki, płytki strumień, ciemny od tarniny. Lalelelang wiedziała, że gdyby nie żelazny uchwyt, którym Ziemianka ściskała jej skrzydło, w kilka sekund zostałaby daleko w tyle. Ale jej opiekunka nie porzuciłaby jej na polu bitwy na pastwę nadchodzących Mazveków.

    Nagle Lalelelang, która próbowała z całych sił nadążyć za Umeki, poczuła ból przeszywający ognistym ostrzem dolną część prawej nogi. Stało się to w chwili, gdy jej szeroka, ale krucha stopa uderzyła w kamień. Delikatna kostka wykręciła się i ptakowata runęła na ziemię jak kłoda.

    Do diabła! - Umeki zanurkowała za wielką, leżącą kłodę pokrytą gęstym dywanem niebiesko-zielonego jakby mchu, pociągając za sobą Lalelelang. Plątanina wydartych z ziemi korzeni obalonego drzewa zapewniała pewną osłonę od góry. Zakryta wizjerem twarz naparła na jej własną.

    - Zostaniesz tu - syknęła kobieta.

    - Zostać tu? - Lalelelang leżała w niewygodnej pozycji na brzuchu, czując pulsujący ból w prawej kostce. Giętka szyja pozwoliła jej unieść głowę i obejrzeć najbliższe otoczenie, ale gęsty dym z płonącego listowia i nieustanne wybuchy ograniczały widoczność we wszystkich kierunkach. - A ty gdzie idziesz?

    Umeki była już na nogach i trzymając broń w każdej dłoni obchodziła leżący pień.

    - Rozkaz. Będziemy kontratakować. Mnie to też dotyczy. Ty powinnaś tu być bezpieczna.

    Lalelelang z trudem usiadła. Dygotała tak gwałtownie, że kilka chwil zajęło jej zogniskowanie wzroku na wskaźnikach rejestratora. Ciągle działał. Głos Umeki dźwięczał w jej uchu.

    - Dowództwo odcinka wie co robi. Wysyłają nam wsparcie ciężkiej broni, ale trochę potrwa, zanim tu dotrze.

    - Idę z tobą. - Próbowała wstać podpierając się końcami skrzydeł.

    Umeki odwróciła się do niej. Jej postawa, jej całe zachowanie wskazywało na to, że typowa dla Ziemian gorączka walki opanowała ją bez reszty.

    - Ty... zostajesz... tutaj.

    Lalelelang zamarła. To było specyficzna, charakterystyczna modulacja, której Ziemianie używali jedynie w walce: ostra i konfrontacyjna, naładowana całą gamą pierwotnych hormonów. Znała ją bardzo dokładnie ze swoich badań.

    Ale żadne z nagrań, które tak beznamiętnie analizowała, nie było adresowane do niej!

    Poczuła się sparaliżowana i przykuta do miejsca tą kombinacją tonu i zachowania. Gdyby Umeki kazała jej teraz wsadzić głowę w piasek, usłuchałaby. Drgawki gwałtownie się nasiliły.

    Wypustka skrzydła zatrzepotała nad przyciskiem na pasie, kilkukrotnie pudłując, zanim udało się jej go wdusić, Uruchomiony tym ruchem pneumatyczny wstrzykiwaez zasyczał ledwo słyszalnie i przenikliwe, ale bezbolesne ciepło rozlało się na jej lewym boku. Gdy lekarstwo zaczęło działać, uspokoiła się. Nieposkromione dygotanie ustąpiło miejsca mniej wyczerpującym dreszczom. Ponownie usiadła, a jej opiekunka znikła za pniem przewróconego drzewa.

    Czas mijał. Gdy niepokojące drgawki całkowicie ustąpiły, wstała i podeszła do masywnej kłody. Poza nią widziała oddalających się powoli Ziemian i Massudów.

    Trzymając rejestrator w dziobie, którym mogła sięgnąć wyżej niż koniuszkami skrzydeł, Lalelelang wyciągnęła szyję jak tylko mogła i wyjrzała ponad ścianą mchu, powoli przesuwając wzrok i obiektyw z lewa na prawo. Funkcjonowała jedynie dzięki czystemu podnieceniu. Po to właśnie tu przyleciała, to właśnie chciała obejrzeć.

    Każdy inny Wais już dawno umarłby ze strachu. Ale ona, lepiej przystosowana do takiej sytuacji niż jakikolwiek przedstawiciel jej rasy przedtem, czy potem, była zdecydowana nie uronić ani jednej sekundy. Wszelkie urazy psychiczne mogły być później wyleczone. W tej chwili dawała sobie radę jedynie dzięki intensywnym przygotowaniom i badaniom.

    - Nie jest tak źle - pomyślała. - Przy odpowiednim treningu moi koledzy też mogliby tego dokonać.

    Przy wystających korzeniach wyczuła jakiś ruch. Wciągnęła szyję. Ziemianka Umeki poczułaby ulgę, a może nawet byłaby lekko zaskoczona, gdyby widziała jak dobrze radziła sobie podopieczna w czasie jej nieobecności.

    Ale to nie Umeki potykała się o pień drzewa.

    Kryza futra niegdyś jaskrawo-pomarańczowego okalająca krótką szyję, ufarbowana była na maskujący, ciemno-zielony kolor. Szyja wyłaniała się z cylindrycznego, podobnego do zbiornika, pękatego, brzydkiego i niewiele większego, niż jej własny tułowia, odzianego w elastyczny pancerz w odcieniach brązu. Dwie ręce o podwójnych stawach sterczały z górnej części ciała. Każda kończyna zakończona była czterema palcami, które aktualnie zajęte były manipulowaniem przy długiej broni o wąskiej lufie, obcym pochodzeniu i nieznanym potencjale.

    Mazvek poruszał się na szerokich, płaskich stopach, każdy palec z osobna był osłonięty. Odkryta czaszka byłą mała i krągła. Kępki barwionej sierści biegły liniami od czubka głowy w dół do karku, gdzie ginęły wśród gęstszego włosia kryzy. Nad wąskim ryjem, wypełnionym płaskimi siekaczami jarzyły się jasnozielone oczy, które właśnie zauważyły ją.

    Usta umieszczone pod ryjem otworzyły się i rozległ się zgrzytliwy kwik. Obcy wymierzył broń. Nie wyglądała ona zbyt imponująco: garść cienkich, metalowych rurek na czubku małej, plastikowej kuli. Jeden z długich palców obcego zaczął się zbliżać do czegoś, co niewątpliwie było jakimś mechanizmem spustowym.

    Uświadomiła sobie w odrętwieniu, że nawet nie zdaje sobie sprawy, w którym momencie wydarzenia stały się czymś więcej, niż tylko filozoficzną spekulacją.

    Pomyślała o tych wszystkich sprawozdaniach, których nie będzie jej dane napisać, o tych wszystkich wspaniałych wykładach, których nigdy nie będzie miała zaszczyt wygłosić. Miała tylko nadzieję, że ocaleją jej nagrania i staną się inspiracją dla innych, mniej lekkomyślnych naukowców, którzy zdobędą wielkie zaszczyty za dysertacje oparte na jej materiałach.

    - I oto stoję o krok od nienaturalnej i brutalnej śmierci z rąk innej myślącej istoty, a jedyną rzeczą o której mogę myśleć, jest moja praca - zdumiała się. - Jednak naukowiec do końca pozostaje naukowcem. Zaczęła gwałtownie dygotać.

    Na Mazveka od tyłu runęła góra w chwili, gdy z jego broni rozległo się absurdalnie ciche hang. Coś przemknęło koło niej z ponaddźwiękową szybkością i rąbnęło w krawędź głazu, o który się opierała. Nastąpiła chwila ciszy, po czym pół tuzina miniaturowych eksplozji potrzaskało lity granit. Części pocisku wryły się w kamień zanim detonowały. Wstrząs rzucił ją na kolana.

    Spojrzała w górę, bojąc się tego, co może zobaczyć i jednocześnie nie będąc w stanie powstrzymać się od tego. Rejestrator, ciągle kurczowo ściskany w dziobie, cicho szumiał.

    Ziemianin rzucił się na plecy napastnika w momencie, w którym ten zamierzał położyć kres jej niespełnionemu życiu. Był on dużo, dużo większy od Umeki. Potężne umięśnienie ludzkiego samca wyraźnie widoczne było pod elastycznym pancerzem. Była zadowolona, że nie mogła zobaczyć jego twarzy, bo ze swoich studiów wiedziała, jak musi być wykrzywiona.

    Próbując obrócić broń, Mazvek wydał z siebie rozpaczliwy skrzek. Jednak zanim długa lufa zdążyła przebyć połowę drogi, rozległo się ostre, charakterystyczne chrupnięcie. Ziemianin rozluźnił swoje grube palce i wróg runął na ziemię. Przestał być myślącym, oddychającym stworzeniem. Jeden, szybki i niewyobrażalnie brutalny ruch zmienił go w ochłap martwego mięsa ze złamanym karkiem.

    Dla upewnienia się Ziemianin uniósł Mazveka za bezwładne, płaskie stopy i roztrzaskał jego krągłą czaszkę o twardą kłodę. Lalelelang zamrugała. Potem wypuściła z dzioba rejestrator i zrzuciła zawartość wola.

    Oddychając szybko, ale równo, zbyt wielkimi, wysoce wydajnymi płucami zasysając powietrze, masywny Ziemianin stał nad ciałem jej niedoszłego zabójcy. Wyprostowany, górował nad nią jak wieża. Był co najmniej cztery razy cięższy. Całkowicie okryty lekkim, przystosowującym kolory do podłoża jak kameleon, pancerzem, głowę miał zamkniętą w hełmie z wizjerem bardziej skomplikowanym od tego, który nosiła Umeki. Karabin o rozmiarach małej armatki polowej przerzucony miał przez plecy, a jego szeroka pierś ozdobiona była festonami rozmaitego, niemożliwego do zidentyfikowania ekwipunku. Broń krótka sterczała z kabur na obu biodrach.

    Dłoń w rękawicy uniosła się by zsunąć ochronny wizjer i po raz pierwszy Lalelelang mogła ujrzeć jego nagą twarz. Ociekała potem i pojedynczą, cienką stróżką krwi. Żadna sierść, ani upierzenie nie skrywało gołej skóry, żadne jaskrawo ubarwione łuski nie odbijały rozproszonego, leśnego światła. Wciąż omdlewając z braku tchu, gmerała przy rejestratorze.

    Człowiek ryknął do niej przyjaźnie:

    - Niech skonam... kanarek!



Strona główna     Indeks